– Co to to nie – mówi wrogi pudel. – Jak się ma taki długi dom, to chce się mieć spokój. Więcej psów nam nie potrzeba.
Mamy szczęście żyć we względnym spokoju. Nic nie zagraża naszym granicom. Nie nawiedzają nas klęski żywiołowe. Katastrofa klimatyczna jeszcze nie przepędza nas z terenów naszego kraju. Co się jednak wydarzy, gdy pewnego dnia będziemy musieli opuścić nasze domy? Gdzie się udamy? Kto nas przyjmie i czy w ogóle ktokolwiek zechce nas ugościć? Zapukamy do czyichś bram z naszymi tradycjami, przekonaniami, sposobem życia i myślenia i będziemy liczyli na to, że ktoś da nam schronienie. Ale czy na pewno tak będzie? Czy ta druga strona nie będzie się na obawiała?
Szczególnie w ostatnich latach często przychodzą do głowy takie rozważania. Choć myślimy, że to są sprawy wyłącznie dorosłych, to nie ma się co łudzić – dzieci także się martwią. Słyszą rozmowy rodziców lub fragmenty audycji radiowych. Widzą wiadomości i nagłówki gazet. Nawet jeśli nie wszystko rozumieją, czują, że coś niepokoi wszystkich wokół. Zaczynają się zastanawiać, o co chodzi i jaki to będzie miało na nie wpływ. I jest to dla nich trudne, bo nie rozumieją wielu rzeczy, nie potrafią przewidywać, planować, ale doskonale odbierają emocje z otoczenia i chłoną je jak gąbka.
Nie jest łatwo rozmawiać z dziećmi na takie tematy. Wielu dorosłych unika ich, by nie straszyć dzieci. Ale one i tak się boją. A niewiedza i niepewność jeszcze bardziej ten strach potęgują. Tylko rozmowy – szczerze rozmowy – pomogą dzieciom poukładać sobie w głowach różne sprawy i ułatwią im uzyskanie względnej równowagi psychicznej. Odkładanie tego na później „kiedy będą starsze” lub ignorowanie może sprawić, że dziecko straci poczucie bezpieczeństwa. One muszą wiedzieć, że rodzice są przy nich, rozwieją ich wątpliwości, przepędzą lęki, będą wsparciem. Nawet jeśli nic złego się aktualnie nie dzieje, to potrzebują wiedzieć, że w razie problemów rodzice im pomogą.



Jednak te lęki to nie wszystko. Strach przed tym, co może się wydarzyć to dopiero pierwszy etap. Potem jest myślenie o tym, gdzie się podziejemy. A następnie, jak zostaniemy tam przyjęci. Bo chociaż wydarzenia za naszą wschodnia granicą pokazały, że nasi rodacy maja wielkie serca i otwarte ramiona, to z czasem okazuje się, że te zrywy są tylko chwilowe. Coraz częściej słyszymy wokół utyskiwania, widzimy niechęć w wielu codziennych sytuacjach. I znowu – dzieci obserwują, nasłuchują, analizują i niestety naśladują dorosłych. Trudno się więc dziwić, że pojawiają się lęki przed tym, co by było gdyby…

Nie jest to oczywiście temat do omówienia na raz. Wiele rozmów, wiele przemyśleń, wiele obaw do rozwiania. Zawsze jednak te dyskusje można jakoś ubarwić i wprowadzić w nie trochę nadziei. Dlatego właśnie przychodzę dzisiaj z książka, która doskonale się sprawdzi. Bo książki dla dzieci poruszają także te trudniejsze sprawy. Trzeba tylko wiedzieć, po które sięgnąć.
Ulisa, Ludek i Katka żyją na swojej wyspie. Są szczęśliwi i wszystko im się świetnie układa, ale z czasem wyspa staje się niewystarczająca. Nie ze względu na ich próżność czy zbytnie rozpasanie, po prostu zaczyna brakować zasobów i wyspa przestaje być odpowiednim miejscem do życia. Psy muszą wyruszyć w trudną podróż, by znaleźć sobie nowy dom. Czeka je kilka poważnych decyzji, kilka trudnych wyborów, ale nie mają wyjścia – pozostanie na wyspie jest niemożliwe.
Po długiej i dość niebezpiecznej podróży docierają na ląd zamieszkany przez pudle. Zostają przyjaźnie powitani, otoczenia opieką i zachęceni do tego, by zostać na dłużej. Ale nie przez wszystkich. Jeden z pudli jest przeciwny przyjmowaniu kogokolwiek. Nie chce nikogo wpuścić do swojego domu, nie chce się dzielić zasobami, nie jest zainteresowany spędzaniem czasu i brataniem się z mieszkańcami innego kraju. Jego wrogo nastawiony i tę wrogość otwarcie pokazuje.



Wobec takiego zachowania pudla Ulisa, Ludek i Katka pozostają bezradni. Nie chcą się narzucać, starają jakoś sami sobie poradzić i zorganizować miejsce do spania. Czy to się im uda? Czy pozostałe pudle z nowego lądu pomogą przybyszom, czy zaczną podzielać obawy tego jednego niechętnego? Pozwolą zostać psom, czy przepędzą je z własnego kraju. Jak potoczą się losy wszystkich bohaterów? Ja już wiem, a wy musicie się przekonać sami.
Chciałabym wiedzieć, jak potoczą się losy mieszkańców Ukrainy, którzy znaleźli schronienie w Polsce. Głęboko wierzę, że chwilowa niechęć i zmęczenie Polaków jednak się ulotni i nie odwrócimy się od nikogo. Mam nadzieję, że będą mogła swoim dzieciom przywoływać ten przykład na uspokojenie. Mówić im, że tak jak my otworzyliśmy się i pomogliśmy potrzebującym, tak i nas w razie potrzeby ktoś w przyszłości otoczy opieką. Jak będzie, czas pokaże.
Kolejny raz zachwycam się tym, jak Pija Lindenbaum potrafi w pozornie prostą opowieść wpleść ważne i trudne wątki. Kiedy będziecie czytać tę książkę z dzieckiem ono na pewno nie wychwyci tego drugiego dna, ale warto je przed nim odkryć. To bardzo ciekawy temat i niezwykle ważny w dzisiejszych czasach. Jest przedstawiony delikatnie, w przyjazny dla dziecka sposób, bez demonizowania i straszenia. Pokazuje spojrzenie obu stron i daje nadzieję, że takie sytuacje można dobrze rozwiązać. A nawet jeśli dla dziecka jeszcze jest za wcześnie, to będziecie mieć na półce sympatyczną historię z odrobiną przygód.
Pija Lindenbaum, „Pudle i frytki”, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.