Bęben taty pom, pom, pom.
Bęben Lalo pam, pam, pam.
Bęben Babo pim, pim, pim.
Ulubiona książka dziecka często staje się najbardziej znienawidzoną przez rodzica. Nie dlatego, że jest z nią coś nie tak, tylko dlatego, że trzeba ją czytać osiem milionów razy dziennie. Można to już robić z zamkniętymi oczami, bo tekst i tak zna się na pamięć. Śni się nawet po nocach. A kiedy dziecko po nią sięga, rodzic ma ochotę wyskoczyć przez okno. Znacie ten stan?
Było w czytelniczym życiu naszych synków kilka takich pozycji. Jedna z nich to „Lalo gra na bębnie” (o którym pisałam tutaj). Już nawet ten rytm wbijany przez Lalo słyszałam przez sen. Uratowała nas na szczęście jego siostra – Binta. Sięgnęliśmy po kolejną część z ulgą, ale także obawą, że historia się powtórzy. Mieliśmy rację. To była kolejna ukochana książka. Ukochana, a więc czytana nieliczoną ilość razy. Ale co zrobić, gdy dziecko takie szczęśliwe? Nic, tylko czytać.
O całej tej serii i jej wartości pisałam już we wspomnianym wcześniej poście. To doskonałe książki na rozbudzenie czytelniczych pasji dziecka. Ciepłe, zabawne, pełne słów do powtarzania, a więc rozwijające aparat mowy. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich poznać, zachęcam, by zaglądnąć do tamtego wpisu.

Dzisiaj tylko krótko napiszę o tej konkretnej części. Bohaterką jest Binta, która tańczy. Pojawiają się ci sami bohaterowie, czyli mama, tata, czworo rodzeństwa, pies i kura. Wszyscy dają się wciągnąć w szalony taniec Binty i po chwili połowa towarzystwa wystukuje rytmu na czym się da, a druga połowa kręci pupami wesoło pląsając. Czytelnikom nogi same rwą się do tańca.
Na każdej stronie znajdziecie najprostsze z możliwych zdań, które szybko zapadają w pamięć dziecka. Dla maluszków uczących się mówić, to doskonałe ćwiczenie rozwijające ich umiejętności wymowy. Zaś dla młodszych przedszkolaków ćwiczenia pamięciowe i pierwsze wrażenia, że dziecko czyta samodzielnie. Oczywiście o żadnym czytaniu w tym wieku nie ma mowy, ale ta radość dziecka płynąca z przekonania, że samo przeczytało jest bezcenna. W dodatku rozbudza w nim chęć do częstszych chwil z książką. Rytmiczne onomatopeje są także doskonałym ćwiczeniem dla wszystkich małych czytelników. A do tego są po prostu zabawne.



Jeśli mieliście już w swoich rękach „Lalo gra na bębnie” i Wasze dzieci polubiły tę szaloną rodzinkę, to możecie bez zastanowienia sięgnąć po „Bintę”. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zacząć od Binty, nawet jeśli wcześniej nie poznaliście Lalo. Kolejność nie ma znaczenia, więc jeśli kiedyś wpadnie Wam w ręce którakolwiek część, to spokojnie możecie brać. Nie znajdziecie tutaj typowych wyrazów dźwiękonaśladowczych. Brak miauczących kotków, rechoczących żab czy pukania do drzwi. Jeśli potrzebujecie odmiany, to będzie to dla Was doskonały wybór. Naprawdę przetestowaliśmy je te osiem milionów razy. 😉
Eva Susso, „Binta tańczy”, ilustracje Benjamin Chaud, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.