Lalo gra na bębnie

Mama je, Binta je, Ajsza je, Lalo je, Babo paćka.

Aby dziecko chciało sięgać po książki, trzeba mu najpierw pokazać, że może. Ze starszakami jest łatwiej, bo można z nimi porozmawiać, podsuwać różne propozycje, kombinować. Ale najmłodsze dzieciaki mają tak krótki czas koncentracji, że zatrzymanie ich na dłuższą chwilę graniczy czasem z cudem. Potrzebujemy wtedy czegoś, co zadziała i zainteresuje na tyle, by dziecko miało ochotę wysiedzieć do końca. A potem poprosić o drugie czytanie!

Mamy taką serię, która przez bardzo długi czas królowała w naszym domu. Tymek nie chciał się od niej odkleić, a ja miałam łzy w oczach widząc, że będę ją czytać kolejny raz! Bywało, że już go prawie błagałam, byśmy wybrali coś innego, ale pozostawał nieugięty. Moja niechęć była jednak związana tylko z tym, że miałam przesyt, bo prawda jest taka, że lubiłam ją tak samo jak on.

Jednocześnie jest to seria, której mnóstwo ludzi nie lubi. Zaznaczam to na samym początku, w razie gdybyście szukali jeszcze innej opinii. Natkniecie się na wiele negatywnych. No cóż, wiadomo, że nie wszystkim pasuje to samo. Ale jeśli jesteście u mnie dłużej i znacie już mniej więcej nasz książkowy gust, to znaczy, że Wam ta seria też się spodoba.

Dzisiaj przedstawiam tylko jedną część, o kolejnych napiszę innym razem. A zacznę od przedstawienia duetu który jest odpowiedzialny za to zamieszanie. Autorką jest Eva Susso, a ilustratorem Benjamin Chaud. Ten skład już znamy i doskonale wiemy, że sprawdza się znakomicie. Co stworzyli razem? Oczywiście „Ducha z butelki” i „Yeti”. Jeżeli nadal Wam to nic nie mówi, to po prostu zaglądniecie do tamtych wpisów. Przekonacie się, że warto.

Poznajmy zatem niezwykłą rodzinę. Mama, tata, Ajsza, Binta, Lalo, Babo, pies i kura. Dość duża rodzina, a tam gdzie dużo… dzieci, zawsze coś się dzieje. Tym razem to Lalo wychodzi na pierwszy plan. Co takiego robi? Po prostu gra na bębnie. Tyle, że z samego rana, kiedy wszyscy jeszcze smacznie śpią. No ale skoro ma tak ogromną potrzebę, to na co czekać?

Lalo wstaje skoro świt, gra na bębnie, zbiera kwiatki, wita dzień i budzi całą rodzinę, a następnie wszyscy przygotowują wspólne śniadanie. Ot i cała historia. Nieskomplikowana, ale tutaj zupełnie nie o to chodzi. To książka dla maluszków. Ważne jak te wydarzenia są im przekazane.

Każda strona to kilka bardzo krótkich, prostych zdań idealnie zgranych z ilustracjami. Mamy tutaj dużo powtórzeń, co doskonale wpływa na rozwój mowy dziecka. Więc „Mama śpi, tata śpi, Ajsza śpi, Binta śpi, Babo puszcza bąki”. Powtórzenia są ważne, ale też nikt się przy czytaniu nie nudzi. 😉 Dziecko natomiast ma okazje osłuchać się ze słowem, próbować je potem powtarzać, kojarzy je z konkretną czynnością.

Książka przeznaczona jest dla maluszków, które dopiero zaczynają mówić. Wypowiadanie całych słów będzie dla nich trudne, ale autorzy zadbali o to, by i oni mieli mnóstwo zabawy. Znajdziecie tu więc wyrazy dźwiękonaśladowcze. Niektóre zupełnie proste i oczywiste, np. „kap, kap, kap”, „kum, kum, kum”, „bom, bom, bam!”, ale też znacznie trudniejsze i mniej oczekiwane, np. „kang, kang, kang”, „tin, tin, tin”. Jest więc różny stopień trudności, wywoływanie różnych głosek i zabawa na wielu poziomach.

To książka wypełniona serdecznością i ciepłem. Nikt się na nikogo nie złości, nikt nie ma pretensji. Dzieci mają pełną akceptację swoich pomysłów, a rodzice są cierpliwi i wyrozumiali (ja wybudzona o świcie dźwiękiem bębenka na pewno nie byłabym tak radosna i pełna energii).

Spotkałam się kiedyś z opinią, że te historie są bez sensu, ale dla mnie oznacza to tylko tyle, że ktoś zupełnie nie zrozumiał idei tych książek. To są historyjki dla dwulatków, a nawet młodszych dzieci. Nie chodzi o to, żeby budować w nich wielką narrację i snuć długie opowieści, bo żaden maluch tyle nie wytrzyma. To są książki przy których dziecko ma się dobrze bawić i dobrze poczuć. Mają sprawić, że zacznie książki kojarzyć z czymś ciekawym i przyjemnym. Dodatkowo wpływają na rozwój mowy.

Dziecko zaprzyjaźnia się z bohaterami, chce do nich wracać, chce z nimi przeżywać te proste przygody. Zastosowanie wszystkich powtórzeń sprawia, że dziecko nie tylko ćwiczy mowę, ale też ma poczucie, że uczestniczy w tej historii, czyta ją razem z rodzicem. Są to więc wspólne chwile, które możecie spędzić z dzieckiem naprawdę razem. I to jest największa wartość tej serii.

Lalo i reszta rodzeństwa skradli nasze serca. Przez długi czas, były to najważniejsze książki w naszym domu. Być może nie wszystkim przypadną do gustu tak jak nam, ale uważam, że warto spróbować. Spróbujcie dopaść je w bibliotece, upolować z drugiej ręki lub na wyprzedaży w wydawnictwie (widziałam, że w outlecie Zakamarków jest właśnie egzemplarz!). Nie trzeba brać o razu wszystkich części, wystarczy jedna, żeby się przekonać. Choć trochę Wam ściemniam, bo jednak polecam wszystkie 😉

Dla najmłodszych, początkujących czytelników. Ciepłe, serdeczne treści, wesołe, kolorowe obrazki. Tekst w pełni zgrany z ilustracjami. Wyrazy dźwiękonaśladowcze i wiele powtórzeń dobrze wpływających na rozwój mowy dziecka. Wiele zabawnych momentów (w tekście i na ilustracjach). Przyjazna atmosfera, proste historie i sympatyczni bohaterowie. Jeśli szukacie czegoś na początek, to właśnie znaleźliście doskonałą pozycję.

Eva Susso, „Lalo gra na bębnie”, ilustracje Benjamin Chaud, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.

1 komentarz

Dodaj komentarz