To kremowa kredka. Kremowa kredka jeszcze nie wie, co mogłaby narysować.
W pierwszych latach życia dziecko uczy się wielu podstawowych rzeczy. Większość z nich może obserwować wokół siebie, poznawać przez doświadczanie i przyglądanie się światu. Ale zabiegany rodzic nie zawsze ma czas, by stać w ogródku i porównywać kolory kwiatów lub liczyć kamyki na ścieżce. Musi wtedy szukać innych rozwiązań. Wiadomo zaś, że najlepszym rozwiązaniem każdego problemu są książki! 😉
Rynek wydawniczy oferuje mnóstwo książeczek do poznawania pierwszych słów, kształtów i kolorów czy nauki liczenia. Jedne lepsze, inne gorsze. Myślę, że rodzice wybierają często na chybił trafił, bo naprawdę trudno się zdecydować, kiedy się stoi przed półką pełną podobnych pozycji. Dlatego ja dzisiaj pokażę Wam te sprawdzone.




„Kredkowa księga kolorów” i „Kredkowa księga liczb” to książeczki dla najmłodszych czytelników. Są niewielkich rozmiarów i kartonowe, więc bardziej wytrzymałe. Zwróciły moją uwagę na półce (w Biedronce!) i natychmiast przepadłam. I na szczęście Tymek też je pokochał. Mimo że już dawno z nich wyrósł, to jednak czasem po nie sięga, bo jakoś wciąż nie mogę się ich pozbyć z półki
Bohaterkami książeczek są kredki. W części o kolorach narrator opowiada, co może narysować kredka w danym kolorze, a ona dopowiada, co jeszcze by mogła lub chciała namalować. I to bardzo duży plus tej książki, bo pokazuje, że słońce może być namalowane przez kredką żółtą lub pomarańczową, że obrazek narysowany przez czarną kredkę wcale nie musi być smutny, a kolor różowy nie musi być przeznaczony tylko dla księżniczek.

Autor wyszedł poza sztampowe traktowanie kolorów. Dla dzieci jest to zupełnie normalne, ale rodzicom czasem martwią się, dlaczego ich pociecha używa zupełnie pomieszanych kolorów. Tymczasem małe dzieci nie dobierają podczas rysowania kolorów w taki sposób jak dorośli. One biorą kredkę i działają. Czasem jest to kredka, która leżała najbliżej, czasem ich ulubiony kolor, a czasem jedyna, która była zastrugana. Dla nich ważne jest samo kolorowanie i nie przejmują się, czy obrazek jest wiernym odtworzeniem rzeczywistości. Chodzi o zabawę, przyjemność, rozwijanie motoryki i satysfakcję z osiągniętego efektu.
W części o liczeniu kredki się pogubiły, więc czytelnik na każdej stronie odnajduje jedną z nich (przy okazji może powtórzyć rozpoznawanie kolorów) i liczy, ile ich już uzbierał. Mamy tu liczenie do dziesięciu, więc jest to już dość zaawansowany etap – dla przedszkolaków. Ale warto mieć tę książkę już na samym początku, bo przecież maluch nie musi od razu liczyć, wystarczy, że będzie słuchał liczenia rodzica. U dołu każdej strony kredki ustawione są w rządku (przybywa ich oczywiście na każdej kolejnej stronie), więc kiedy rodzic je przelicza i pokazuje kolejno palcem, to dziecko zapamiętuje prawidłowy sposób odczytywania. W przeliczaniu elementów kierunek nie ma znaczenia, ale jest to bardzo dobre ćwiczenie, które przyda się w późniejszej nauce czytania – od lewej do prawej. Kiedy więc liczycie za każdym razem od początku strony, to ten schemat się dziecku utrwala.
Ilustracje w obu książeczkach są bardzo zabawne. Wyglądają, jakby były narysowane przez dziecko i są naprawdę prześliczne. Komentarze kredek też wywołują uśmiech na twarzy dziecka. Całość jest naprawdę świetnie zgrana i chętnie się do tych książeczek powraca.





Samo czytanie książek to jedno, ale warto także pociągnąć temat poza nimi. Są doskonałą inspiracją do różnych zabaw. Dziecko może wymyślać, co jeszcze mogłaby narysować dana kredka. Może także spróbować wyszukać w swoim zestawie kredek te same kolory, które poznało w książeczce. Przedszkolak może je układać i liczyć podobnie, jak na stronach książki. Może także pomóc niektórym kredkom i samodzielnie narysować to, o co proszą lub o czym marzą. Ale, żeby wiedzieć, co to jest, musicie najpierw po te książeczki sięgnąć. Jestem pewna, że będziecie się świetnie bawić.
Drew Daywalt, „Kredkowa księga kolorów”, „Kredkowa księga liczb”, ilustracje Oliver Jeffers, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2017.