Zamek

– Nie mam mowy, przecież wybrałeś dla Freja czerwony.
– No ale to było, zanim znudził mi się zielony!

Są setki sposobów na to, by rozmawiać z dzieckiem o emocjach. Mnóstwo możliwości na to, by nauczyć te emocje rozpoznawać i nazywać. Można nawiązywać do doświadczeń dziecka, odgrywać scenki, rysować, omawiać zachowania bohaterów bajek i oczywiście ciągnąć po książki. A i wśród nich jest ogromny wybór i wiele różnych spojrzeń na temat. Ja najbardziej lubię te, w których jest to przedstawione najprościej. I taką propozycję mam dla Was tym razem.

Literatura skandynawska jest bardzo specyficzna. Ma swoich wielbicieli i przeciwników. My należymy do tych pierwszych. Zarówno do mnie, jak i do chłopców przemawia sposób w jaki Skandynawowie potrafią przedstawić dziecięce spojrzenie na świat. Bez zbędnych wyjaśnień, w prostych słowach, wydarzeniach tak bardzo oczywistych, że to aż zaskakujące, że mogą być użyte jako treść książki. Ale to przecież właśnie z nimi dzieci najchętniej się utożsamiają. Je najlepiej rozumieją. A dzięki temu najłatwiej im zrozumieć działania i reakcje bohaterów – są im bardzo bliskie.

„Zamek” to książka napisana i zilustrowana przez Emmę Adbåge. Tę samą, która stworzyła „Dołek” – jedną z najlepszych książek dla dzieci jakie znam! Ta historia dotyczy młodszych przedszkolaków, ale nie jest przeznaczona tylko dla nich. Bo w tej niezwykle prostej historii kryje się tyle emocji, że z powodzeniem można o nich porozmawiać z dziećmi w różnym wieku.

Główny bohater jest narratorem. Opowiada o tym, że właśnie szykuje się z mamą na imprezę urodzinową swojego kolegi Freja. Wybrał dla niego prezent – czerwony zamek. On ma taki sam, ale zielony. I ten zielony już mu się znudził. Chciałby taki, jak ten, który wybrał dla Freja. Ale mama jest nieprzejednana. Uważa, że skoro wybrał już czerwony dla kolegi, to tak powinno zostać.

Tutaj pojawia się pierwsze napiętrzenie emocji. Niezadowolenie, złość, zazdrość. Nie ma wybuchu złości, krzyków, rzucania się po ziemi. Chłopiec przeżywa, myśli, trochę się obraża, ale widać, że stara się to sobie ułożyć w głowie. Zbliża się jednak godzina przyjęcia, więc trzeba wychodzić z domu, mimo tego, że emocje jeszcze nie opadły.

Podczas urodzin Freja nasz bohater trzyma się z boku. Widać, że wciąż przeżywa tę sytuację. Jest obserwatorem. Czeka na rozdanie prezentów. A wtedy dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Kiedy Frej widzi czerwony zamek wpada w histerię, bo chciałby zielony…

Przyjęcie toczy się dalej, ale w głównym bohaterze zachodzi zmiana. Zastanawia się na tym, co się stało, analizuje i uspokaja się. Pod dniu pełnym wydarzeń zostaje mu w głowie jedna myśl: „Ciekawe, że to ja mam zielony. I że Frej chce mieć coś, co ja już mam. Od razu mi trochę lepiej.”.

Rzadko zdradzam tutaj zakończenia książek, ale tym razem bardzo mi na tym zależało. Książka jest tak napisana, że ma się wrażenie, że scena się urywa. Jakby nie było zakończenia. Ale ono jest. Tak właśnie funkcjonuje dziecięca psychika. Dla chłopca problem jest rozwiązany. On rozumie, że wcześniej chciał mieć to, co Frej, a teraz jest na odwrót. To normalne i on to teraz dostrzega. Musiał tego doświadczyć, żeby to zrozumieć. Ale teraz, gdy już to wie, po prostu idzie dalej.

Nie ma fanfar, poetyckiej puenty czy barwnego finału. One oczywiście idealnie pasują do innych książek, ale tutaj są zupełnie niepotrzebne. Ta książka jest opowieścią chłopca, a dziecko właśnie tak by ją przedstawiło. Przeżywał każdą chwilę dnia po kolei, mierzył się ze swoimi emocjami, ale kiedy uznał, że temat jest zamknięty, skupił się na kolejnych wydarzeniach.

Tekstu jest tutaj niewiele, ale to też jest charakterystyczne dla dziecka. Szczególnie, że nasz bohater nie ma jeszcze czterech lat. Przedstawia fakty, czasem mówi o tym, co czuje i myśli, ale jest raczej oszczędny w słowach.

Mnóstwo informacji wyczytacie jednak z ilustracji. Tworzą niesamowite tło. Najpierw obserwujemy, jak przebiegają przygotowania do wyjścia (nudzenie się, bo mama się szykuje, czesanie włosów, przebieranie, pakowanie prezentu), a potem przyjęcie w domu kolegi. Bardzo podoba mi się to, że oba domy i jego mieszkańcy są zupełnie zwyczajni. W pokoju chłopca jest bałagan, w kuchni gotuje się zupa, a w domu panuje ogólny rozgardiasz – jak to przed każdym wyjściem. Na przyjęciu też nie jest cukierkowo. Dzieci jedzą, bawią się i bałaganią. Dorośli piją kawę, plotkują i obserwują swoje pociechy. A na koniec mama Freja zostaje z całym tym majdanem. No życie.

I ostatnia kwestia to zachowanie rodziców. Nie wiem oczywiście, co się wydarzyło w tle i jakie były ich reakcje, ale tutaj widzimy tylko, że nawet w kulminacyjnym momencie, gdy Frej wpada w histerię, rodzice po prostu obserwują. Nie ingerują, dają dzieciom przestrzeń do próby samodzielnego poradzenia sobie z problemem.

Nie chcę tutaj mówić, kto jak powinien się zachować, szczególnie, że sama od razu mam odruch, by tam wparować i jakoś załagodzić sytuację, ale zaznaczam, że ta scena jest bardzo ciekawa dla rodziców. Do zastanowienia się, czy nie jesteśmy zbyt opiekuńczy. Czy nie próbujemy na siłę rozwiązywać konfliktów, zapewniać dobrego nastroju, ograniczać dzieciom przykrych przeżyć.

Ta historia jest niepozorna. Ot, dzień z życia dziecka. Ale sposób w jaki jest przedstawiona, inspiruje do wielu przemyśleń i rozmów. Rozpoznawanie i nazywanie emocji, próby przeanalizowania zachowania obu chłopców. To świetna okazja, by porozmawiać o zazdrości oraz o tym, że nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy. Doskonale też widzimy, że z naszymi emocjami nie jesteśmy sami – inni przeżywają dokładnie te same i radzą sobie z nimi na różne sposoby.

Wiem, że ta książka nie przypadnie do gustu każdemu. Historia, jej zakończenie i ilustracje są bardzo charakterystyczne, więc niektórym po prosu się nie spodobają. Choć ten kto lubi ten styl, zakocha się oczywiście natychmiast. Zachęcam jednak do tego, by nie przekreślać tej książki z góry. Jeśli spotkacie ją w bibliotece albo na półce w księgarni – zatrzymajcie się na chwilę, by ją przeglądnąć. Jest ogromna szansa na to, że gdy wpatrzycie się w szczegóły ilustracji i wczujecie w rolę tego dziecka, to jednak zabierzecie ją ze sobą do domu.

Emma Adbåge, „Zamek”, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2021.

Dodaj komentarz