Mały dom
Niebieskie drzwi
Chodź, pójdziemy
w odwiedziny!
„Moje dziecko nie wytrzyma przy książce nawet pięciu sekund”. „Ja jeszcze mojemu nie czytam, bo w ogóle nie jest zainteresowane”. „Jej dwulatka wysiedzi przy książce do końca? Niemożliwe!”. To jak to jest? Kiedy zaczynać podsuwać dziecku książki? Kiedy ono faktycznie potrafi się nimi zająć? Odpowiedz jest jedna – to zależy.
Zależy od indywidualnych preferencji dziecka. Od kultury czytania w domu. Od temperamentu malucha. Od czasu, który rodzice poświęcą na próby. Ale w dużej mierze także od tego, jakie książki zaproponujecie swoim dzieciom w konkretnym wieku.

To, że dwuletnia Asia sąsiadki słucha wieczorami po kilka części Kici Koci, nie oznacza, że Ela musi tak samo. Nie oznacza to także ani trochę, że Ela jest słabiej rozwinięta, głupsza, czy jakakolwiek inna. Oznacza to wyłącznie to, że Ela, w tym momencie swojego życia, ma inne potrzeby. A zadaniem dla rodziców jest szukanie sposobu jak im sprostać.
Czytanie książek to niekoniecznie słuchanie długich opowieści przed położeniem się spać. Dla maluszków siedzenie w miejscu jest ogromnym wyzwaniem. Nawet jeśli historia jest wciągająca, może być dla nich zbyt długa. Być może będą jej chciały wysłuchać, ale podczas zabawy i jakiegoś ruchu. I zdziwicie się, jak wiele wtedy zapamiętają.
Czasem jednak potrzebujecie chwili, żeby dziecko usiadło. Musicie mieć pod ręką coś, co je na chwilę zatrzyma w miejscu. W autobusie, poczekalni u lekarza itp. Mogę to być zabawki, ale mogą to być też książki, które są odpowiednie dla wieku, aktywizują i wymagają uwagi i działania dziecka.
Z pomocą przychodzi Wydawnictwo Zakamarki i proponuje książkę pt. Jest tam kto? To niewielka, kartonowa książeczka. Znajdziecie w niej krótkie teksty i kolorowe obrazki, ale też historię i przygodę. Pomysł polega na tym, że dziecko odwiedza domek, a w nim poszczególne pokoje. Przed każdym pokojem jest strona z drzwiami, a zadaniem dziecka jest zapukać i zaglądnąć do następnego pomieszczenia.

Wydaje się, że to takie proste i po jednym przeczytaniu książka zostanie odłożona, ale to nieprawda. Nie jestem w stanie zliczyć godzin, ile nad nią, z Tymkiem, spędziliśmy. Uwielbiał do niej wracać i wyciągał z niej o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Każde drzwi to inny kolor – uczyliśmy się więc ich rozpoznawania. Za każdym razem mamy hasło „puk, puk, puk” – więc pilnowałam, by pukał faktycznie trzy razy. Szło to bardzo opornie, ale w końcu się nauczył. Z czasem zaczęłam mu wymyślać inne rytmy – ja mówiłam „puuuuk, puk, puk”, a on próbował to wystukać. To trudne ćwiczenia i czasem mu się udawało, a czasem nie, ale warto próbować, bo poczucie rytmu przydaje się potem przy wielu innych czynnościach.
W każdym pokoju, po przeczytaniu głównego tekstu, bawiliśmy się w wyszukiwanie różnych elementów. Mowa Tymka dopiero się rozwijała, więc wielu rzeczy nie umiał nazwać, ale potrafił je wskazać, a to już poważny krok w rozwoju mowy. Potem mówił swoimi słowami, a z czasem prawidłowo nazywał wszystkie przedmioty. Na pytania, które mu zadawałam, na początku opowiadał tylko wskazaniem, potem jednym słowem, a na końcu próbował układać proste zdania.
Książka nie jest rymowana. Ma bardzo proste zdania, które szybko zapadają w pamięć dziecka. „Pan podlewa”, „Kotek je”, „Myją zęby”, „Idą spać”. Dzięki temu dziecko angażuje się w „czytanie” książki. To ogromna radość, gdy dziecko bierze do ręki książkę, wertuje ją i „czyta”. Wszystko jest w jego głowie, pamięta każdy wyraz. Nie potrafi go jeszcze wypowiedzieć, aparat mowy nie zawsze mu na to pozwala, ale próbuje po swojemu.
Jeśli też chcielibyście zobaczyć swoje maluszki tak zagłębione w lekturę – wybierzcie tę, która jest odpowiednia dla ich wieku, angażuje je, a nie stawia w pozycji biernych czytelników. Przejście przez tę historię, zaglądnięcie do tajemniczych pokoi i odwiedzenie ich mieszkańców, będzie dla waszego dziecka fantastyczna przygodą.
Anna-Clara Tidholm, „Jest tam kto?”, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.



