– Tylko jeszcze – mówi Albert i udaje, że jest zły i go przedrzeźnia. – Zwariować można, ciągle musisz tylko jeszcze coś zrobić! Chodź, tato, idziemy!
Czas dla dzieci i dorosłych płynie w zupełnie innym tempie. My, planujemy, przewidujemy, zastanawiamy się, odliczamy dni. Oni żyją chwilą i chcą, żeby przyszłość była już teraz. Można o tym myśleć metaforycznie, ale oczywiście tak po prostu wygląda każdy dzień z dzieckiem.
Albert Albertson (w tej części – „lat cztery”) przygotowuje się rano do przedszkola. Stara się jak może, ale przecież wszystko wkoło jest interesujące i bardzo ważne. I przede wszystkim dużo ciekawsze niż przygotowywanie się do wyjścia. Dlatego ubieranie się zajmuje Albertowi dużo więcej czasu niż dorosłemu. Trzeba przecież ubrać też lalkę, naprawić samochodzik (właśnie teraz), pooglądać książkę o zwierzętach i jeszcze naprawić szkody, które się przypadkiem wyrządziło. Czas biegnie i tata się niecierpliwi. Albert na szczęście wie kiedy, kiedy zbliża się do nieprzekraczalnej granicy. A kiedy trzeba, potrafi się bardzo szybko zorganizować. I już jest gotowy do wyjścia. A tata?
Jesteśmy zaprzyjaźnieni z Albertem. Lubimy czytać jego przygody i dużo o nich rozmawiamy. Podoba nam się to, że Albert w kolejnych książkach jest coraz starszy, zatem historie dotyczą różnych tematów z życia (przedszkolaka, a potem ucznia) i można je omawiać z dziećmi w różnym wieku. Podczas czytania Pospiesz się, Albercie, przypominamy jak czasem wyglądają nasze poranki lub inne wyjścia. Zastanawiamy się, z czego synek mógłby zrezygnować, aby te przygotowania nie były takie długie. On pięknie opowiada, o tym, że klockami pobawi się po przedszkolu, a samochody zaparkuje wieczorem przed snem, tyle że następnego ranka zupełnie mu to z głowy wylatuje. Ale wierzę, że kropla drąży skałę…
No dobrze, ale co z tym tatą Alberta? Czy on faktycznie jest taki zorganizowany, przygotowany i zniecierpliwiony długim oczekiwaniem na synka? To właśnie dowcip całej historii. Gdy Albert w końcu przyspiesza, wykonuje wszystkie potrzebne czynności i jest gotowy do wyjście, okazuje się, że… tata się zaczytał. Teraz to on musi się bardzo spiąć, żeby zdążyć. To naprawdę bardzo życiowe przedstawienie problemu. Pokazuje jak często się z dzieckiem rozmijamy. Szczególnie w definiowaniu tego, co jest ważne w danej chwili. Ale jednocześnie pokazuje, że dorośli też mają swoje słabości. Też potrafią się zagapić, zapomnieć, zająć czymś bardzo interesującym i odłożyć przez to inne rzeczy. Rzecz w tym, czy potrafimy się do tego przyznać i uznajemy, że skoro nam się to zdarza, to nie powinniśmy być zbyt surowi wobec dzieci. Czy może uważamy, że nam (dorosłym) wolno więcej, a dzieci powinny się dostosowywać?
Dla młodszych dzieci czas nie istnieje. Co to znaczy, że gdzieś muszę być, na określoną godzinę? Dlaczego teraz muszę iść do przedszkola skoro tak świetnie się bawię? Mają inne priorytety. Wypracowanie sprawnego systemu podczas porannych przygotowań z dzieckiem to naprawdę spory wyczyn. My mamy utarte schematy, dużo planujemy, wieczorem przypominamy jak będzie wyglądał poranek, a i tak wszystko zależy od tego w jakim synek wstanie humorze. Takie jest życie.
Czy w takim razie lepiej zrezygnować z tych rytuałów skoro się nie sprawdzają, i raz wyjście trwa 15 minut, a raz 45? Nie. One są potrzebne, bo dają maluchowi poczucie bezpieczeństwa. Mimo że on przedłuża, przekłada, przeciąga, to wie, co go czeka. Zna następne kroki i dzięki temu nie ma obaw przed nieznanym. A do pozostałych wydarzeń ubarwiających wyjścia, zalecam tylko spokój. Im mniej złości z naszej strony, tym większa szansa, że nareszcie przekroczymy próg.

Albert i jego tata są zgraną drużyną. Potrafią sobie wiele wybaczyć i wyjaśnić. Dostrzegają dobre strony i lubią się wspólnie śmiać. Jeśli jeszcze ich nie znacie, to serdecznie polecamy szybko to nadrobić.
Gunilla Bergtröm, „Pospiesz się, Albercie”, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.








1 komentarz