– Dużo mówisz, Kostku – przerwała mu Misia. – Dobrze ci tam było. Ale jak mogłeś mnie tak zostawić?
Czy wszystkie wasze książkowe zakupy są trafione? Pewnie nie. I nam się zdarza rozczarowanie. Ale najdziwniejszą sytuację mieliśmy z książką, którą kupiłam dla młodszego synka, a okazało się, że w sumie nie wiem dla kogo ona jest. Od razu jednak zaznaczam, że z nami została, bo jest wyjątkowa.
Misia i Kostek to niepozorna książeczka. Kupiłam ją, bo spodobał mi się styl ilustracji i założyłam, że będzie idealna dla młodszego synka. Chyba nawet nie sprawdziłam dla jakiego wieku jest dedykowana. Na okładce dwa misie, jeden zadowolony, drugi smutny, co tu się może nie zgadzać?
Dwa misie. Mieszkają razem, wyglądają na parę. W każdym razie żyją razem, mają stały harmonogram dnia, wspólne rytuały i dobrze im razem. Aż, któregoś dnia, Kostek wywraca ich życie do góry nogami. Postanawia wyruszyć w samotną podróż. Nie zaprasza Misi, nie pyta jak to wpłynie na jej życie, podejmuje samodzielną egoistyczną decyzję i wyjeżdża. Misia zostaje sama i pogrąża się w rozpaczy. Wszystko jest nie tak jak powinno. Po jakimś czasie dostaje pocztówkę od Kostka. To moment, w którym Misia kończy etap rozpaczy, wypracowuje nowy rytm dnia i czeka. Czeka i tęskni. Gdy Kostek w końcu wraca, zasypuje Misię opowieściami, prezentami, swoją radością i entuzjazmem. Jednak jej to zupełnie nie interesuje. Ona chce w końcu porozmawiać. Wyrzuca z siebie wszystkie emocje. Mówi o tym, co czuła przez cały ten czas, dlaczego jest zawiedziona, nieszczęśliwa, a teraz również niezrozumiana. Ten stan trwa dość długo. Mijają dni, w których Kostek czeka, aż Misia przepracuje w sobie wszystkie ciężkie emocje. I się doczekuje. Tyle, że zupełnie nie spodziewa się tego, co wtedy nastąpi…
Z jakiegoś powodu mój młodszy synek tę książkę uwielbia. Ma zaledwie 3,5 roku, ale emocje, które się w tej książce pojawiają bardzo go interesują. Zadaje mnóstwo pytań, więc rozmawiamy. Te rozmowy schodzą na bardzo różne tory. Raz o emocjach, raz po postępowaniu. O komunikacji między ludźmi, o tym kto powinien decydować o zmianach we wspólnych życiu, o kompromisach, o zmianach. Wszystko oczywiście na poziomie 3-letniego dziecka.
Ale potem okazuje się, że starszy, 8-letni, syn także jest zainteresowany tą historią. Zadaje tak samo dużo pytań, tyle że ma też wiele własnych przemyśleń. Znowu zaczynają się rozmowy. Bardziej szczegółowe. Częściej możemy się odnieść do jego doświadczeń, albo odwołać do jego empatii i zastanowić co czuli bohaterowie. Szukamy przyczyn, próbujemy je zrozumieć.
Jednocześnie w mojej głowie toczą się rozważania na takim zupełnie dorosłym poziomie. O związkach, kompromisach, życiowych decyzjach, wspólnych rozmowach, wzajemnym szacunku, zrozumieniu, słuchaniu się nawzajem.
Więc dla kogo jest ta książka?
Wrócę teraz do ilustracji, które przyciągnęły mnie do niej na samym początku. Nie są one dla wszystkich. Na pewno wielu dzieciom się nie spodobają, bo są czarno-biało-czerwone i bardzo proste. Ale nas ujęły. W tak prostej formie autorka zawarła niesłychaną ilość emocji. Bardzo podoba mi się zabieg zaciemniania tła, który obrazuje pogrążanie się w rozpaczy. Całą sobą czuję wtedy ten smutek, który odczuwa Misia.
Misia przechodzi w tej książce chyba przez wszystkie możliwe emocje. A na pewno przez większość. Najpierw spokój, szczęście i harmonia. Potem zaskoczenie, przerażenie, złość, samotność, smutek, rozpacz. Następnie zaciekawienie, otrząśnięcie, stopniowe układanie swojego życia na nowo, oczekiwanie, tęsknota, chwilowa radość, poczucie ignorowania, wściekłość, potrzeba bycia zrozumianą i nareszcie olśnienie.
Czy Kostek jest czarnym charakterem? Trochę tak to wygląda. Nie robi tego rozmyślnie. Brakuje mu wyczucia i elementarnych podstaw komunikacji, empatii. Jest egoistą. Po powrocie nawet przez myśl mu nie przechodzi, że Misia została tu sama ze wszystkimi swoimi emocjami. Liczą się tylko jego przygody, doświadczenia. I jeszcze wchodzi tymi swoimi figurkami i jedwabnymi sukienkami, jakby one miały Misi wszystko zrekompensować. Jest zszokowany jej reakcją, próbuje się tłumaczyć, ale kiepsko mu to wychodzi. Więc potem musi czekać. Misia czekała na jego powrót wiele miesięcy. Teraz on musi poczekać, aż Misia upora się ze swoimi emocjami i do niego wróci. Przyznaję, że jest to powrót w przytupem.
I jeszcze raz zadaje sobie pytanie: dla kogo jest ta książka?

Na koniec o najważniejszym dla mnie fragmencie. W swojej rozpaczy Misia dochodzi do momentu, w którym obwinia siebie o postępowanie Kostka. Dla mnie to wstrząs, gdy czytam: „Kostek mnie zostawił, bo jestem taka beznadziejna…”. To zdanie omawiam z chłopcami bardzo często. Rozmawiamy o poczuciu własnej wartości, o roli sprawcy i ofiary. W dzisiejszych czasach, kiedy nareszcie zaczyna się głośno mówić o depresji, a także o przemocy fizycznej i psychicznej, to zdanie jest niezwykle ważne. Pokazuje, że o trudnych sprawach można (a nawet trzeba) z dziećmi rozmawiać.
Czy znalazłam już odpowiedź na swoje pytanie? Chyba tak. To książka dla całej rodziny. Dla każdego wieku. Pod warunkiem, że trafi do rodziców, którzy nie mają oporów, by rozmawiać z dziećmi na każdy temat. Nie obawiają się, że na coś jest za wcześnie. Moim zdaniem, każdy temat jest dobry, jeśli dostosuje się go do możliwości dziecka.
Misia i Kostek zostaną na naszej półce. Być może ktoś z Was tę sięgnie po tę książkę i będzie rozczarowany. Może jednak będziecie na nią bardziej otwarci i dacie jej drugą szansę po przeczytaniu tej recenzji.
Anna Höglund, „Misia i Kostek”, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2019.













