bibliotekarz, aptekarka, mechanik, astronautka…
Nauka pierwszych słów zaczyna się od „mama”, „tata” itd. Z czasem przybywa prostych czasowników. Potem kupujemy książeczki, które uczą dzieci kolorów, podstawowych przedmiotów w ich otoczeniu, roślin i zwierząt. Słownik dziecka się rozwija i w końcu mówi ono już tak dobrze, że bez problemu się z nim porozumiewamy.
Ale kiedyś przychodzi taki etap, że ktoś zapyta dziecko: co robi twoja mama? Czym zajmuje się twój tata? I zaczynają się schody. Pomijam fakt, ile dzieci odpowie, że mama sprząta i gotuje – to jest temat na osobną dyskusję. Okazuje się jednak, że mnóstwo dzieci nie ma pojęcia co, zawodowo, robią ich rodzice. Bardzo lubiłam czas w pracy, kiedy rozmawialiśmy o tym z dziećmi. Wznosiły się wtedy na wyżyny kreatywności, a neologizmy płynęły wartkim strumieniem. Szczęściarze, którzy mieli rodziców nauczycieli, lekarzy, strażaków czy kierowców, ze zdziwieniem spoglądali na swoich kolegów. Jednak, gdy rozmawiałam o tym z rodzicami, mówiłam z jednej strony o konieczności wzbogacania słownictwa, ale z drugiej o tym, że dzisiejsze nazwy zawodów są tak skomplikowane i trudne, że nie ma co się dziwić, że dzieci nawet nie próbują się z nimi mierzyć. Bo jakże ten biedny przedszkolak ma zapamiętać, że jego mama to senior solutions engineer manager, a tata account executive.
Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Świat leci do przodu. Język polski miesza się z innymi. Nazwy zawodów często jeszcze nie mają swoich polskich odpowiedników. Tłumaczmy, więc dzieciom czym się zajmujemy, ale nie oczekujmy, że zapamiętają nazwę stanowiska.
Inaczej rzecz ma się z zawodami osób, które spotykamy na co dzień. Kto pracuje w sklepie? Kto przynosi listy? Kto kieruje ruchem? Kto prowadzi autobus? Kto nas uczy w przedszkolu i szkole? To wszystko stanowiska znane od lat. Mają swoje nazwy i łatwo je zapamiętać. Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Bo często słyszę, że mówimy do dzieci „ta pani”, „ten pan” wskazując na przykład kogoś pracującego w ogrodzie. To oczywiście jest jak najbardziej poprawne. Ale nasz język jest bogaty i warto mówić do dzieci, używając różnych zwrotów. Skoro już ktoś je wymyślił, to z nich korzystajmy.
A z pomocą w tym zakresie przychodzi książeczka Agaty Królak Robimisie. To kartonówka dla najmłodszych, ale świetnie sprawdza się też przy starszych przedszkolakach. Na każdej stronie jest inny miś, który jest przedstawicielem konkretnego zawodu. A może to ten sam miś, który wciela się w różne role? W każdym razie mamy śliczne, zabawne ilustracje i całą gamę, bardzo zajętych, misiów.
Najbardziej w tej książce podoba mi się to, że autorka użyła męskich i żeńskich odmian zawodów. Książka jest z 2013 roku, a debaty na temat żeńskich form dopiero dzisiaj przybierają na sile. Nie można jej więc zarzucić, że powstała teraz, żeby się wpasować i być modną. Nie. Po prostu takie formy istnieją i nikt się temu nie dziwi. Ale nie będę się tu teraz nad tym rozwodzić, bo znowu – to temat na osobną dyskusję.
W każdym razie Robimisie pokażą ci, że mamy marynarza i dyrygentkę, leśniczego i ogrodniczkę, fryzjera i tancerkę czy strażaka i policjantkę. Na dodatek można swobodnie te nazwy zawodów dopasowywać do kobiet i mężczyzn, bawić się nimi i prosić dziecko, żeby powiedziało: skoro jest pan nauczyciel to będzie pani…? A jeśli jest pani aptekarka, to będzie pan…? To świetna zabawa językowa, rozwijanie słownictwa oraz przyzwyczajanie dzieci do tego, że język polski jest tak skonstruowany, że ma osobne formy dla rodzaju męskiego i żeńskiego i trzeba umieć się nimi posługiwać.

I tak znowu się okazuje, że książka dla najmłodszych posłuży też starszym dzieciom. Ale ja bardzo lubię wykorzystywać książki do wielu zadań, wyciągać z nich co się da. Służą wtedy dłużej.
Agata Królak, „Robimisie”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013.





1 komentarz